W 9 dni rowerem z Donaueschingen do Budapesztu

Dawno, dawno temu... wraz z moim kuzynem przejechałem rowerem ze Szczecina do Warszawy przez Słupsk, Trójmiasto i Mazury,  było wspaniale.  Pomysł, żeby wybrać się na podobną wyprawę rowerową chodził mi po głowie od kilkunastu lat.  Ale zawsze znajdowały się "obiektywne" przeszkody, które powodowały że odkładałem to do następnego roku.

Aż do teraz...  Już od wczesnej wiosny z premedytacją ogłaszałem wszystkim kto chciał słuchać czy nie że "jadę na rower" strategicznie ustawiając się w sytuacji "bez wyjścia".

Początkowo celem wyprawy miała być Francja a konkretnie region z rzeką Dordogne.   Jednak guglowanie internetu przyniosło alternatywę:  wyprawa rowerowa od źródła Dunaju znajdującego się w małym miasteczku Donaueschingen w Badeni Wirtembergii do Budapesztu.  Długośc trasy 1380 kilometrów.  Do zrobienia w 2 tygodnie, czyli 100 kilometrów dziennie. 

Kilka dni przed planowanym wyjazdem dostaję wiadomość o przyjeździe do Polski genetycznie spokrewnionej i nigdy nie widzianej rodziny z Francji.  Decyduję opóźnić wyjazd o 2 dni zamierzając nadrobić stracony czas jadąc więcej kilometrów dziennie.  Mąż kuzynki, rodowity francuz zresztą, zdobył 6  miejsce w mistrzostwach kolarskich Francji wiele lat temu, więc, po kilku kieliszkach, wstępnie umawiamy się na rowery we Francji za rok.

Dzień -1

Na dworcu kolejowym kupuję bilety Kraków Główny – Donaueschingen.  Są problemy; kasjerka nie za bardzo orientuje się gdzie to jest, komputer nie za bardzo jej pomaga, i w rezultacie sprzedaje mi bilety i miejscówki do Zurichu przez Wiedeń Zachodni.  Rower mam opłacony tylko do granicy czeskiej.  Nie ma problemu, resztę opłat za rower i bilety kupię sobie w trakcie podrózy.  Płacę PLN 605.

Dzień 1

Źle spałem; stress przed podróżą? W Krakowie ołowiane niebo, potwornie gorąco i parno.  Do dworca dojeżdżam mokry od potu.  Pociąg do Katowic jest lekko opóźniony i  zapchany ludźmi, z trudem ładuję rower i ruszamy...  Za Krakowem zaczyna kropić deszcz.  Jak on się wlecze, mam nadzieję że zdążę na "Sobieskiego" do Wiednia.

Do Katowic dojeżdżamy z opóźnieniem, ale Sobieski też ma 20 minut opóźnienia.  Podbiegam do konduktora:

- Przepraszam, do którego wagonu mam wstawić rower?
- Panie, w tym pociągu nie wolno przewozić rowerów!
- Ale ja mam bilet na rower i miejscówkę na ten pociąg!  Co mam robić?
- Nie wiem!  Niech pan  złoży zażalenie na kasjerkę!

Stoję z miną zapewne tak tragiczną i żałosną, że chyba robi mu się mnie żal i poleca wnieść rower do ostatniego wagonu. 

- Ale Czesi to na pewno pana wyrzucą!

A niech tam, najważniejsze że jadę!  Ciekawe jak z jazdą ilość chwastów na torach maleje znikając zupełnie w środku Czech.  Zarówno Czesi jak i Austriacy coś tam ze sobą pogadali oglądając rower, ale w końcu ja i rower docieramy do Wiednia.  Zapada zmrok, pociąg do Zurichu odjeżdża po 10 wieczorem więc mam czas aby kupić bilet na rower. 

- Poproszę bilet rowerowy z Wiednia do Zurichu
- Niestety, nie ma już miejsc w przedziale rowerowym.
- Jak to nie ma!!??
- Bilety zostały wysprzedane już tydzień temu, to bardzo popularna trasa i należy rezerwować miejsca na wiele dni przed podróżą.

Kasjer jest bardzo pomocny, kupuję bilety relacji Salzburg – Donaueschingen przez Monachium, pociąg odjeżdża następnego dnia wczesnym rankiem.  Cena tylko 92 euro.  Idę do pierwszego napotkanego hotelu.  Recepcjonistka objaśnia jak otworzyć drzwi: machnąć kartą, przycisnąć guzik, pokręcić klamką i czekać na zielone światełko.  Stoję przed drzwiami i przez kilka minut usiłuję zastosować w praktyce jej instrukcje.  Czyżbym był taki tępy?  Wstyd mi zejść do recepcji, ale wreszcie drzwi są otwarte.  Ale jak zapala się światło?  Pstrykam przełącznikami, macham kartą usiłując wcisnąć ją w jakeś szpary... Zrezygnowany myję sie przy latarce i idę spać. Po co mi światło po 10 wieczorem!

Dzień 2

W Wiedniu słońce i błękitne niebo!  Wspaniale!  W przedziale rozmawiam z Andreasem, który jest już emerytem i większość wakacji spędza na rowerze; właśnie wraca do Dortmundu po przejechaniu części mojej trasy: Wiedeń – Budapeszt.  W Salzburgu pogoda się psuje, jest zimno i pada deszcz.  W Monachium, Ulm i w Donaueschingen, do ktorego docieram przed 7 wieczorem, niestety też.

Jeszcze jeden dzień jazdy odpadł! Znajduję hotel; zobaczymy co przyniesie jutro.

Dzień 3  – Niemcy - Scheer – na liczniku 109 kilometrów

Budzę się o 1:30 nad ranem.  Stres?  O 6-tej rano jest pochmurno i kropi deszcz.  Po śniadaniu wyjazd,  JUŻ NIE PADA!  Ulice puste, tylko snuje się zapach warzącego się piwa Furstenberg Brau, którego miałem okazję z umiarem popróbować wczoraj wieczorem.  Jadę zobaczyć źrodło Dunaju – Donauquelle.  Jest położone w ogrodzie zamku Furstenberg, zaraz obok kościoła.  To sadzawka z kamienia, źródło bije z wielką siłą i woda wypływa przez kratkę do parku, aby następnie wpaść do rzeczki Brigach, która od tego miejsca zmienia swoją nazwę na Dunaj.  Do ujścia Dunaju tylko 2840 kilometrów.  Na ścianie kościoła tablice krajów przez które przpływa rzeka; po niemiecku, węgiersku, ukraińsku...

O 7:45 rano jestem na kilometrze zerowym wyprawy.  Droga prowadzi przez pałacowy park, a później pośród pól kukurydzy i ściernisk.  Dunaj, mała rzeczka jest po mojej prawej stronie.  Niebo się przejaśnia, cisza, piękny pastoralny krajobraz.  Mijam Geisingen, Hintshingen.  Na 22 kilometrze w pobliżu Immendingen jest miejsce w którym rzeka znika w porowatych skałach wapiennych a na powierzchni zostają tylko kałuże wody i można Dunaj przejść "suchą nogą".  Ale nie w tym roku, bo po ulewnych opadach woda płynie wierzchem i raczej można sobie popływać niż spacerować.

Za Stetten nie wyrabiam na stromym zakręcie z górki i mam wywrotkę.  Z kolana leje się krew, skaleczenia oklejam papierem toaletowym (czystym!!!; notatka: na przyszłość wziąć bandaż i plastry) ale rower jest cały, można pedałować dalej (tylko bez głupich myśli na temat tego czasownika, proszę).  Na szlaku niewielu ludzi, ciekawe że wszyscy wyprzedzają mnie bez problemu; nawet dzieci i seniorzy.  Niektórzy transportują w ciągniętych za rowerami wózeczkach dzieci i psy różnych rozmiarów.

Mijam Sigmaringen.  W wielkim i imponującym zamku jest największa w Europie kolekcja broni (notatka: muzeum odwiedzić przyszłym razem).  Jest już po 16, nogi mam ołowiane i jestem "obolały od siodełka".  Czas na nocleg.  Próby znalezienia pokoju są negatywne, bo albo już nie ma miejsc, albo cały hotel zamkniety z okazji wakacji – to logiczne – obsługa hotelu też ma prawo do letniego urlopu, albo drzwi zamknięte i kartka z niezrozumiałym (niemieckim) tekstem.  W Scheer są jeszcze miejsca w Donaueblick Hotel.  Rzeczy które ściągam z siebie można wyżymać. Gorąca kąpiel, obiad w hotelowej restauracji i spać w śnieżnobiałej wykrochmalonej pościeli.

Dzień 4 – Ulm – na liczniku 206 kilometrów

Jest 7:55 rano, niebo ołowiane jest zimno, ale nie pada i nogi i tyłek na szczęście aż tak nie bolą.  Na szlaku pusto, spotykam ludzi dopiero po 10.  Droga rowerowa asfaltowana chociaż są odcinki gdzie jest szutrowa, ale w doskonałym stanie.  Oznakowanie świetne, drogowskazy na każdym skrzyżowaniu ścieżek, nawet w takich miejscach gdzie wyraźnie widać, że odnoga kończy się 50 metrów dalej.

Widoki przepiękne, dolinę rzeki otaczają strome wzgórza i wysokie wapienne skały.  Na niektórych z nich pobudowano w średniowieczu zamki obronne.  Pomimo przeciwnego wiatru o wpół do 5 docieram do Ulm.  Jest mi zimno i jestem cały spocony.  Zatrzymuję się w hotelu przy stacji kolejowej i biorę pokój od strony miasta, droższy o 10 euro, bo podobno spokojniejszy.  Gorący prysznic, pranie przepoconych koszulek – położyć na podłodze prysznica, polać szamponem i dobrze podeptać.

Idę zwiedzać Ulm a w szczególności luterański kosciół Munster .  Budowano go ponad 500 lat, wieża ma 161 metrów wysokości i  można wejść na nią po pokonaniu 768 stopni i zapłaceniu 5 euro.  W środku ascetycznie, moją uwagę zwracają tablice z przypiętymi karteczkami z prośbami do Boga w tym 3 po polsku, jak i wmurowane tablice upamiętniające Bawarów poległych w obydwu wojnach światowych.

Spokojny hotelowy pokój po stronie miasta jest koszmarem.  Przed dworcem kilkunastoosobowa grupa żuli pije piwo.  Mają ze sobą psy z których jeden, podobny do wilczura, szczeka głęboko co 30 sekund, a dźwięk jest wzmacniany przez otaczające plac kamienniczki.  Po północy pies zastąpiony zostaje przez mających pod hotelem postój taksówkarzy którzy głośno dyskutują coś w gardłowym języku.  Cisza nocna zapada gdzieś o 4 nad ranem.

Dzień 5 – Ulm – Passau pociągiem

Początkowo planowane 14 dni na wyprawę stopniały do 9-ciu.  Życie też zweryfikowało moje naiwne myślenie, że będę mógł jechać 150 km dziennie.  Nie pozostaje mi nic innego jak skrócić trasę o 350 km omijając Regensburg i skracając wyprawę o 4 dni.

Przy okazji jeden dzień przerwy bardzo mi się przyda na odpoczynek i dodatkowo opuszczę obszar brzydkiej pogody.

Samotna jazda godzinami rowerem na takich dystansach wymaga nie nudzenia się ze samym sobą.  Myślę o rodzinie, o tych których kocham i o zdarzeniach z życia.  Trochę podśpiewuję, ale pomimo że znam tyle piosenek w mózg wkleszcza mi się piosenka grupy "No To Co" a w szczególności refren "Wstęgą szos, miedzą pól złoconych, krętą ścieżką poprzez las..." którego nie potrafię się pozbyć i który dotrwa ze mną do Budapesztu.

Kupuję bilet kolejowy do Passau i przez Monachium docieram do celu po południu.  Deszcz i zimno zastępuje ciepła i słoneczna pogoda.  Passau przeurocze, w tym mieście łączą sie dwie rzeki: brunatny Dunaj i o wiele większy i mleczny Inn.  Na nabrzeżu Dunaju wiele statków wycieczkowych.  Na ścianie ratusza który w średniowieczu był targiem rybnym, widzę znaki pokazujące powodziowy poziom wody, najwyższy to 15 sierpnia 1501 roku i chyba jest 10 metrów wyżej od dzisiejszego poziomu wody w rzece.

Dzień 6 – Steyregg Austria – na liczniku 324 kilometry

Chyba jakiś urok...  Nad ranem przepełzuje pod oknami mojego pokoju hotelowego grupka drących gęby tubylców. 

Ranek piękny, chłodny i mglisty.  Z mgły wyłaniają się wzgórza i budowle Passau.  Jadę lewym brzegiem rzeki i niedaleko za Nideranna osiągam przeprawę promową.  Można przeprawić się na prawy brzeg rzeki lub promem ominąć nieprzejezdne 4 kilometry lewego brzegu.  Wsiadam na pierwszy, już prawie przepełniony prom i zrządzeniem losu po kilkunastu minutach i 4.5 euro ląduję na lewym brzegu.  Scieżka rowerowa wiedzie nad samym brzegiem już szerokiego i rwącego Dunaju i po kilkunastu kilometrach docieram do następnego promu w Untermuhl.  Jest prawie pusty i jeszcze dodatkowo przewoźnik sprzedaje zimne piwo, co za przyjemność!  Tym bardziej że słońce grzeje już mocno.  Zaczyna boleć mnie tyłek (notatka: na przyszłość kupić najlepsze wyściełane żelem spodenki rowerowe).  Jedzie mi się wolno, dziwnie opadłem z sił - no i ten przeciwny wiatr. 

Przed Linz wstępuję na stację benzynową i łapczywie wypijam dwie duże butelki Gartorade.  Lepiej mi; chyba się odwodniłem (notatka: pić wiecej i częściej (wody oczywiście)).  O 15:50 mijam Linz i w godzinę później jestem w Steyeregg.  Pokój w hotelu jest okropny, poskładany pośpiesznie, byle jak i z byle jakich materiałów.  Jedyne co jest na poziomie to pościel; może nie udało im się kupić nic tańszego?  Prysznic i schodzę na obiad; duszkiem wypijam 2 duże, zimne piwa... a potem rosół z pulpecikami zrobionymi z kurzych wątróbek i rolada z wołowiny.  Nigdy nie wiedziałem, że tak może smakować piwo po 10 godzinach kręcenia pedałami w upale.

Chyba roztaczam aurę wytrawnego podróżnika i experta, bo ktoś łamanym angielskim dopytuje się o atrakcyjne do zwiedzenia miejsca w Czechach.  Robię poważną minę i doradzam jak umiem.

Dzień 7 – Spitz – na liczniku 472 kilometry

Nie, tym razem nikt się nie wydzierał w nocy; odpowiedzialność za złą noc przejęły komary.  Latają bezszelestnie i dopiero ukłucie daje znak o ataku, krwiopijce podłe! A sprytne te bestie, polowanie na nie kończy się niczym!

Wreszcie ranek.  Moje uda i wierzchy dłoni przypominają kolorem ugotowanego raka (notatka: spodenki kolarskie muszą być długie do kolan.  Kupić bezpalcowe kolarskie rekawiczki – hmmmm... może jednak nie, jak będę wyglądał z bladymi dłońmi i opalonymi palcami?  Idiotycznie!  Ale krem przeciwsłoneczny to obowiązkowo!!)

Niebo bez chmurki i wiatr, ten wczorajszy cholerny wiatr dzisiaj będzie dmuchał w plecy.  Scieżka świetna, płaska, bez podjazdów, z doskonałą nawierzchnią.  Na trasie bardzo dużo ludzi, jak by nie było jest sobota.  Rowery z rozmaitym fikuśnym wyposażeniem i do tego te kolorowe modne rowerowe kostiumy.  W swojej bawełnianej białej koszulce, gimnastycznych spodenkach i sandałach wyglądam przy nich jak ubogi krewny.  Humor mi się poprawia, gdy widzę podobnie ubranych mówiących po francusku.

Około południa jestem w Grein - jest to bez wątpienia najładniejsze miasteczko na trasie.

Skóra piecze, cienia na lekarstwo, sklepów aby kupić krem nie widać – zaciskam wargi i kręcę pedałami.  W Gottsdorf zatrzymuję się u strażaków.  Ciężko pogadać, ale częstują mnie wielkim kuflem zimnego piwa; szykuje się jakieś party.  Chcą żeby zostać, ale chyba bym przez dwa dni stamtąd nie wyjechał.  Delikatnie i uprzejmie odmawiam. 

Na prawym brzegu rzeki ukazuje się imponujące opactwo w Melk ze światowej sławy zbiorem rekopisów i książek i wspaniałymi freskami.

Około 5 już nie mogę dalej jechać.  Dzisiaj spędziłem w siodełku prawie 10 godzin, z małymi przerwami, jadąc cały czas w gorącu.  Zatrzymuję się w pensjonacie kilka kilometrów przed Spitz, jest czysty z zachęcającym i cienistym ogródkiem obiadowym.  Obiad zaczynam oczywiście od kufla piwa.  Obok siedzą Czesi, przyjechali najnowszym Mercedesem 500-coś-tam.  Właścicielka skacze wokół kilku gości mówiących po niemiecku i mnie mówiącego po angielsku, pewnie nie wyczuła mojego polskiego akcentu.  Czechów ignoruje na ile się da.  Ciężko się jej pozbyć starych nawyków.

Po obiedzie idę się przejść nad Dunaj.  Słońce zachodzi różowo za wysokie wzgórza pokryte lasami.  Rzeka płynie beżowo, spokojnie i szybko, w wodzie odbija się wschodzący księżyc i światła domów.  Cisza jest przerywana tylko chlupotem wody i odgłosem pracowicie płynących pod prąd barek.

Dzień 8 – Korneuburg (Wiedeń) – na liczniku 583 kilometry

Gorąco!  Słońce grzeje jak palnik acetylenowy, skóra jak piekła tak piecze, a może nawet jeszcze więcej.  Nogi mam jak z ołowiu, do tego zaczęło mnie boleć ścięgno w kostce, noga wyraźnie spuchła.  Utykam przy chodzeniu, ale na rowerze jest w porządku.

Dzisiaj niedziela, wchodzę pomodlić się do małego kościółka w St. Michael.

Okolice Spitz to region Wachau znany z produkcji wina, "Pierścienia Nibelungów" Wagnera i Wenus z Willendorf.  Wzgórza pokryte są winnicami i jest pięknie jak na pocztówce.

W południe zatrzymuję się a marinie koło Tulln na piwo.  A poza tym piję duże ilości wody, ale wszystko wypacam, i nie ma nawet potrzeby chodzić na stronę.

Trasa wiedzie na przemian z jednego brzegu rzeki na drugi, przeprawa przez rzeką jest albo mostami albo wierzchem masywnych zapór.  Silny wiatr wieje, niestety, w twarz.  Po piątej docieram do Korneuburg na lewym brzegu Dunaju, zaledwie kilka kilometrów przed Wiedniem.  Z trudem znajduję hotel.  Nie ma restauracji, nie chce mi się już nigdzie jeździć, idę na pobliską stację benzynową, gdzie kupuję na obiad rogaliki i tak, zgadliście, dwie puszki piwa.

Pompka rowerowa, którą wiozłem w jednej z sakw, poplamiła olejem moje jedyne długie spodnie.  Próby patentowego (deptanie w prysznicu) wyprania plam nie dały spodziewanych efektów cóż, będę chodził w poplamionych!

Dzień 9 – Bratysława Słowacja – na liczniku 670 kilometrów

Małe chmurki na niebie, może nie będzie aż tak gorąco!?  Wyruszam o 7:30 rano jadąc lewym brzegiem rzeki.  Wiedeń pokazuje się wieżowcami w oddali po prawej stronie.  Jadę nadbrzeżnym parkiem wzdłuż budujących się osiedli i biurowców wypatrując bez rezultatów ATM.  Nie ma ich ani na stacji metra ani w małych sklepikach.  Wreszcie za poradą odbijam w lewo i po 45 minutach z pieniędzmi jestem z powrotem na szlaku (notatka:  wypłacaj pieniądze kiedy tylko możesz, druga taka okazja może kosztować czas i wysiłek).

Kilka kilometów dalej wał rzeczny prowadzi przez FKK czyli plażę dla nudystów.  Jest poniedziałek rano, młodzi pracują, a opalają się tylko seniorzy, 70% to mężczyźni.  Dwóch z nich siedzi na ławkach koło ścieżki prezentując swoje klejnoty.  Staram się patrzeć wyłącznie na przednią oponę roweru; czuję że mają radochę obserwując moje zażenowanie.  Aby zabić stres 500 metrów dalej kupuję u turka piwo, poza tym zaczyna już być gorąco (notatka:  w przyszłości przjeżdżać przez to miejsce w weekend lub po południu; kupić lornetke?)

Dużo objazdów ze względu na rozmaite budowy i naprawy wałów.  Za kombinatem chemicznym w Lobau zaczyna się prawie 40-to kilometrowy kilometrowy odcinek trasy biegnącej wierzchem wału.  Temperatura osiąga chyba 35 C, wieje silny wiatr w twarz i jest prawie całkowity brak cienia, nie ma też żadnych zabudowań.  Do Hainburg, miasta granicznego ze Słowacją, droga prowadzi poprzez nowoczesny most drogowy na Dunaju.  Dwóch austriackich żołnierzy siedzi rozwalonych na cienistej ławce; pistolety maszynowe niedbale leżą obok.  Nie ma już granicy i nie ma czego pilnować.

Zaraz za Hainburg, w odległości kilkunastu kilometrów pojawia się panorama Bratysławy; po lewej stronie ściana blokowisk, przykre i przytłaczające wrażenie.

Do Bratysławy docieram około 16:30 w potwornym gorącu i duchocie.  Dziwię się jak w ogóle tutaj dzisiaj dotarłem, nie mam siły już dalej jechać.  Wstępuję do pierwszego hotelu po prawej stronie, zaraz za Nowym Mostem.  Wytargowywuję cenę 40% niższą od żądanej, nic dziwnego, hotel całkiem drogi i jak widzę brak gości.  Stare miasto Bratysławy pięknie odnowione, wystarczy jednak wyjść poza obręb i widać ślady rządów socjalistycznych.  Pod wieczór dociera nad miasto od zachodu czarna groźna chnmura.  Jutro nie wygląda zachęcająco. 

Jak dotąd trasa wiodła wzdłuż rzeki, w Austrii prawie 100%.  Od Bratysławy szlak wiedzie polami, Dunaj zobaczę dopiero w Budapeszcie.

Dzień 10 – Gyor Węgry - na liczniku 775 kilometrów

Jak zwykle, nad ranem, jakiś pijak wydziera się w niezrozumiałym języku.  Ja to mam szczęście!

Wyruszam o 7-mej rano.  Niebo pochmurne, nie pada aż do Cunowa, gdzie spada kilka kropel deszczu - nic specjalnego.  Oznakowanie trasy pozostawia wiele do życzenia, trochę sie gubię ale polski i słowacki są tak do siebie podobne, że bez problemu każdy udziela wskazówek.  Granicę z Węgrami w Rajce przekraczam nie wiadomo kiedy; po prostu zmieniają się napisy.

Za Mosonmagyarovar zaczyna solidnie lać.  Niebo jest zaniesione na granatowo.  Moja "nieprzemakalna" kurtka zaczyna przepuszczać wodę po 10 minutach (notatka: zawsze przetestować przed wyjazdem co producent definiuje przez "nieprzemakalne") i wkrótce jestem cały mokry.  Kręcę pedałami solidnie, aby jak najszybciej dojechać do Gyor, szczęśliwie po dwóch godzinach przestaje padać.  W Gyor jestem o 3ciej, jestem mokry i jest mi zimno.  Hotel w samym centrum nie redekorowany chyba od z lat 60-tych.  Wszystko na brązowo, ściany, sufity, nawet klosze lamp.  Czuję  się jak w jaskini.  Gorąca kąpiel w żeliwnej głebokiej wannnie podnosi mnie na nogi i idę na obiad.  Dzisiaj jechało się świetnie, wiatr wiał w plecy, a brak słońca pomógł mojej skórze i gdyby nie ten deszcz byłoby idealnie.

W nocy nikt nie hałasuje!!!  Teraz wiem dlaczego w Krakowie na Rynku nie ma hoteli, kto by chciał mieszkać w miejscu, gdzie jakiś wariat co godzinę gra na trąbce?

Dzień 11 – Esztergom – na liczniku  918 kilometrów

Gdyby zawięziono mnie z zawiązanymi oczyma do nieznanego miasta to bez problemu mógłbym rozpoznać miasto "obozu socjalistycznego".  Niezależnie od kraju taka sama niedbałość architektoniczna i zapuszczenie.

Wyruszam o 7:30 rano.  Oznakowanie trasy marne ale jakoś sobie radzę podpytując o drogę.  Za miastem ścieżka odbija to w prawo to w lewo od autostrady, często na odległość kilku kilometrów.  Jedzie się po polnych, piaszczystych, dziurawych drogach przez wsie w różnym stopniu zaniedbania.  Widzę dużo znaków "Elado" (na sprzedaż).  Kto te domy kupił, po co, dlaczego w takim nieatrakcyjnym miejscu? 

W Nagyszentjanos, właśnie gdy drogowskaz kieruje mnie w głąb rolniczych pól, zatrzymuje mnie starszy mężczyzna.  Z tego co mówi domyślam się, że dziwi się dlaczego w ogóle chcę jechać po takich wertepach podczas gdy 3 kilometry w przeciwną stronę jest asfaltowa wygodna droga prowadząca prosto do Komarom.  

Droga okazuje sie pół-ekspresowa i przy wjeździe wita mnie znak o zakazie jazdy rowerów.  Ale się przecież nie będę wracał i do tego pod górkę!  Po drodze myślę co ewentualnie powiedzieć policji:  nie znam takich znaków, zgubiłem się i nie wiem jak wrócić na szlak, a może też radykalnie zapomnieć wszytkich języków obcych?  Do odległego o ponad 20 kilomterów Komarom docieram nienapastowany przez nikogo, samochody i TIRy zwalniają i omijają mnie szerokim łukiem.

Za miastem wjeżdżam z powrotem na szlak prowadzący poboczami drogi.  Pogoda słoneczna z małymi chmurkami na niebie łagodzącymi żar, wiatr wieje w plecy.  Pełno plakatów politycznych, szykują sie wybory?  No i te wszechobecne napisy "Elado", ogólnie jakoś tak biednie.  Po drodze dużo konwojów polskich TIRów transportujących samochody osobowe.  Jadą szybko i po ułańsku, muszę uważać. 

Z daleka widzę kopułę katedry w Esztergom.  Już niedaleko.  Docieram przed 5-tą.  Katedra jest olbrzymia i jest 18 co do wielkości kościołem świata.  Stoi na wzgórzu, na miejscu wielu poprzednich sakralnych budowli, z których najwcześniejsza sięga roku 1000-go.  W Esztergom urodził się i został koronowany w 1000-ym roku na króla Węgier Św. Stefan.  Miasto było też stolicą Węgier przez 250 lat.  Centrum ładnie odnowione, poza nim jak wszędzie...

Dunaj widziany ze wzgórza jest ogromny i zatacza szeroki łuk.  Widok jednak psują przemysłowe kominy po słowackiej stronie rzeki.

Dzień 12 – Budapeszt – na liczniku 997 kilometrów

Jest 6:30 rano.  Właśnie ktoś zaczął kosić trawe.  I jak tu rano nie wstać?  I to jeszcze przy takiej pięknej pogodzie?

Do Budapesztu jest około 70 kilometrów.  Jedzie się świetnie, trasa rowerowa miejscami jest świetnie oznakowana i przygotowana, w innych zdaję się na moje kompasiki w głowie.  Po drodze mijam imponujący, wysoko na wzgórzu wybudowany zamek w Vysehrad.

Do Budy docieram około 12-tej, spocony i brudny.  Zatrzymuję sie w bocznej uliczce, nie ma nikogo więc używam butelkowanej wody na prysznic i przebieram w czyste "świąteczne ubranie".  Stare przepocone rzeczy i sandały wędrują do kosza.  "I świeżutki, ogolony, rześko czując się i zdrowo..." wjeżdżam do centrum.  Jeszcze tylko po drodze odwiedzam budapesztańskich strażaków wymieniając się z nimi mundurowymi naszywkami.

Co za radość widzieć powiększający się gmach Parlamentu na lewym brzegu rzeki.  Moja wyprawa dobiegła końca.

Na dworcu kolejowym Keleti jestem około 15-tej.  Jak się obawiałem, nie ma szans na przewóz roweru pociągiem do Krakowa.  Kupuję bilet do Bratysławy na pociąg do Pragi.  Odjazd dopiero o 19:38; mam dużo czasu. 

Podchodzi do mnie płaczący młody chłopak z plecakiem, jest Chorwatem i prosi o wsparcie mówiąc że zgubił bilet.  Jestem prawie pewien, że mnie naciąga, ale robi mi się go żal i daję mu 1000 forintów.  W międzyczasie chowam portfel i dokumenty do pasa, który noszę na brzuchu pod koszulą.  Pozostałe 6000 forintów wkładam do tylnej kieszeni spodni, kupię sobie później obiad.  Za chwilę chłopak podchodzi jeszcze, raz prosząc o więcej pieniędzy, ale odmawiam.  Jakiś czas później chcę kupić wodę i ze zdumieniem odkrywam, że 6000 forintów zamieniło się w 3 banknoty 500 forintowe.  Co za talent aktorski i złodziejski!  Jak on to zrobił, przysiągłbym, że zawsze był z przodu przede mna (notatka: na przyszłość nie daj się nabrać na litość).  Jak to dobrze, że całą resztę włożyłem do pasa; niech się udławi tymi 20 euro, złodziej przeklęty.

Keleti robi przykre wrażenia, zapuszczony i brudny.  W poczekalni, dwie ławki w lewo widzę mężczyznę, który oddaje mocz szerokim i wysokim łukiem; nikt nie reaguje.  Po chwili wstaje i z całkowicie obsikanymi spodniami wychodzi.  Podróżni depcą po moczu, niektórzy przysiadają na ławce.  Ludzie tutaj brzydcy, niscy, ciemnoskórzy, nieforemni, ubrani byle jak.  Ale pewnie to takie miejsce, ten dworzec.  Nie mogę doczekać się pociągu.

Termometr wskazuje 32 Celsiusza, pociąg odjeżdża punktualnie.  W Rajce, na granicy słowackiej, stoimy prawie godzinę.  Zmienia się załoga i lokomotywa.  Do Bratysławy docieramy około północy, wysiadam, jest ciemno i pusto.  Konduktor doradza jazdę do Breclav odległego o 100 kilometrów.  Ładuję się do pociągu z powrotem.

Dzień ostatni + 1.

Kupuję bilet do Breclav dając konduktorowi 10 euro, za moją cichą zgodą nie dostaję ani biletu, ani reszty.  W Breclav jesteśmy o 1-szej nad ranem.  Pociąg stoi następne półtorej godziny, wymiana załogi i lokomotywy, jakby nie było to wjechaliśmy do Czech.

Breclav to główny kolejowy węzeł komunikacyjny.  Dworzec malutki, wszystko pozamykane.  W poczekalni na niewygodnych ławkach śpi dwoje starych, zniszczonych ludzi i jakiś wytatuowany i obłańcuchowany punk odsypiający ostatnią używkę.  Komary gryzą jak wsciekłe! Jestem głodny, od wczoraj rana nic nie jadłem.  Na ścianie jadłodajni widzę menu na dzisiaj:

  1. Polevka: Hovezi s kapanim

  2. 100g Pecene kure ala kachna, knedlik, zeli

  3. 300g Ryzovy nakyp s ovocem, kompot – na objednavku den predem

  4. 100g Smazeny hermelin, brambor, tatarska omacka

  5. 100g Spanelsky ptacek, knedlik

  6. 100g Veprove zebirko na zampionech, ryze, okurkovy salat

Ślinka leci na tego ptacka; szkoda że zamknięte.  Komary krwiopijce nie dają chwili spokoju, a mój pociąg do Prerov jest dopiero o 4:35 rano, tam mam godzinę na przesiadkę, więc może mi się uda coś zjeść.

W Prerov jednak łapię natychmiast pociąg do Bohumina.  Do tej ostatniej stacji w Czechach, przed granicą polską docieramy przed 8-mą rano.  Jest pochmurno i kropi deszcz.  Rozkład jazdy pokazuje że pociąg do Opola będzie dopiero około 11-tej.  Restauracji brak, wychodzę przed dworzec kupić jedzenie w sklepie.  W nawiązanej rozmowie dostaję radę jechania rowerem do odległych o kilka kilometrów Chałupek w Polsce, gdzie ma podobno być o wiele więcej połączeń.  Jadę przejeżdżając Odrę i budującą się autostradę, po drodze zaczyna lać jak z cebra przemaczając mnie do nitki. 

Dworzec zamknięty, ale z rozkładu jazdy przybitego do drzwi dowiaduję się o pociągu do Rybnika odchodzącego za 45 minut.  Pociąg jedzie ponad godzinę w tempie konduktu pogrzebowego.  Mam szczęście, w Rybniku widzę napis o opóźnionym pociągu do Katowic, który ma wjechać na mój peron za 5 minut; chyba jednak zjem w Katowicach.  Po ponad godzinie jestem na miejscu i właśnie stawiam nogę na peronie, gdy słyszę przez megafon o opóźnionym InterRegio z Poznania do Krakowa...

Biegiem schodami w dół i w górę na właściwy peron, gdzie pociąg właśnie wjeżdża, ładuję rower, bagaże i siebie i po dwóch godzinach jestem w Krakowie.  Pierwszą rzeczą którą robię to kupuję obwarzanek.  Z makiem. 

Jest 13:40.

© 2010 ZJP

 

 

 

 

 

Stacja kolejowa w Donaeschingen

Źródło potężnego Dunaju

Przede mną jeszcze 1000 kilometrów

Dunaj

To tutaj rzeka powinna zniknąć w wapiennych skałach

Zamek w Sigmaringen

Scheer

Tak, tak, ta rzeczka to Dunaj

Miejsca na rowery w wagonach zapełniają się szybko

Passau

i tu też

A to Wiener Schnitzel czyli schabowy po niemiecku

Wskaźniki wysokiej wody na ratuszu w Passau

Passau

i tu

Dzień zapowiada się przecudnie

Szlak wiedzie wzdłuż rzeki

Kolejka do przeprawy

Na promie

Barka na Dunaju

Pomnik poległych w wojnach światowych

Grein na horyzoncie

Koledzy strażacy w Gottsdorf

Opactwo w Melk

Właścicielka ponsjonatu z niemieckimi klientami

Zmierzch zapada nad Dunajem

Kościółek w St. Michael

Winnice Wachau

Zapora na Dunaju

Wiedeń

Przejeżdżam przez FKK; widok z roweru

Blokowiska Bratysławy

Bratysława

tu też

Ale leje...

Gyor

Socjalistyczna architektura

A tu wertepy

Esztergom

Widok z wzgórza katedralnego

Pomnik przy katedrze

Katedra w Esztergom

Vysehrad

Doskonale utrzymana ścieżka przed Budapesztem

Zbliżam się do centrum

Parlament

Budapeszt pełen jest takich nieprzyzwoitych napisów

Chałupki International