Camino de Santiago 2011

Świety Jakub Większy (Santiago), syn Zebedee i Salomei, brat apostoła Jana był jednym z pierwszych i jednym z trzech najulubieńszych apostołów Jezusa.  Był on też jednym z trzech apostołów obecnych przy Wniebowstąpieniu Chrystusa.

Nawet nie byłem zaskoczony pocztą od członka rodziny którą otrzymałem z początkiem 2011 i w której Leszek proponował wspólny rowerowy wyjazd do Hiszpanii, aby przejechać "Camino de Santiago".  Po serii e-maili, planowania, zakupów i telefonów z końcem maja jesteśmy gotowi do wyjazdu.  Plan jest taki że w niedzielę 29 maja lecimy do Madrytu, potem jedziemy pociągiem do Pamplony i taksówką do Roncesvalles.  Rowery – zapakowane w kartonowe pudła – bierzemy ze sobą.

Transatlantycki samolot opóźnia start o prawie 3 godziny – problem z komputerem pokładowym – i w Madrcie zamiast o 8-mej rano jesteśmy około południa.  Do dworca Atocha dojeżdżamy taksówką około 1-szej, po heroicznej akcji Leszka znalezienia dostatecznie obszernej taksówki mogącej pomieścić nas i nasze bagaże.

Transport rowerów samolotem jest kosztowny; nasza linia lotnicza zażądała $200 za pudło w jedną stronę. Właśnie czekamy na dworcu Atocha na pociąg do Pamplony

Nawet nie jestem zdziwiony, że kierownik pociągu do Pamplony odmawia ładunku pudeł z rowerami.  Nie ma znaczenia że w kasie powiedziano co innego.  Czasy kiedy pociągi miały wagon bagażowy dawno przminęły, teraz większe bagaże i rowery można przewozić w zasadzie tylko pociągami lokalnymi.  Decydujemy się więc rozpakować rowery i jechać nimi do dworca autobusowego lini ALSA gdzie, jak zapewniają, rowery będą zaakceptowane jako bagaż na autobus.  Pudła zostawiamy w mało uczęszczanym zakątku dworca mając nadzieję, że hiszpanie będą mniej nerwowi i na widok pudeł nie ewakuują dworca i nie wezwą grupy antyterrorystycznej.

Jest już prawie 4-ta po południu i zaczyna być gorąco.  Jedziemy w kierunku dworca autobusowego.  Po przejechaniu zaledwie 2 km Leszek zdaje sobie sprawę, że nie będzie mógł już dalej jechać rowerem.  Dla niego to już koniec wyprawy... Po kilku godzinach docieramy w końcu do dworca.  Autobus odjeżdża około 8-mej wieczorem potem przesiadka w Sarii i o 1:30 rano następnego dnia jesteśmy w Pamplonie.  Pada deszcz, ulice puste, ktoś nam pokazuje drogę do hotelu i nie zważając na koszty wynajmujemy w przepełnionym hotelu pokój i idziemy spać.  

Dzień 1 wtorek – Pamplona – Roncesvalles 47 km.
 

Po ukrzyżowaniu Jezusa Jakub udał się na kontrolowany w tym okresie przez Rzym Półwysep Iberyjski aby nawracać na wiarę katolicką.  Nie miał dużo zwolenników bo podobno nawrócił tylko 7 osób.

W dniu 2 stycznia 40 roku podczas nauczania na brzegu rzeki Ebro ukazała mu sie Matka Boska.  Pojawiła sie ona na marmurowej kolumnie i nakazała mu powrót do Jerozolimy.  Ta kolumna jest do dzisiaj przechowywana w Bazylice „Nuestra Seńora del Pillar” w Saragosie; stąd wywodzi się Pilar, popularne w obszarze języka hiszpańskiego imię żeńskie.

Rano, przy kawie i bocadillos omawiamy zaistniałą sytuację.  Leszek decyduje się jeździć autobusem i zwiedzać miasta północnej Hiszpanii, a ja przejechać trasę tak jak to było zaplanowane.  Drogę do Roncesvalles postanawiam przejechać rowerem – przecież 47 km to tylko 3 godziny jazdy no i te oszczedności na taksówce!  Z Pamplony wyruszam około 11-tej rano.  Pogoda jest dobra, świeci słońce ale nie jest gorąco.  Droga cały czas łagodnie wznosi się w góre – jest super.  Problemy zaczynają sie jednak po 1.5 godzinach gdy droga zaczyna się serpentynami stromo wznosić w górę.  Pedałuję tak długo jak mogę a potem... cóż - jak trzeba popychać rower to trzeba.  Im wyżej tym bardziej pochmurno i zimno.  Przełęcz „Puerto de Erro” osiągam po prawie 1.5 godzinach marszu i tylko dzięki zabranym ze sobą energy bars.  Super, teraz w dół i będę na miejscu. No tak... Krótki zjazd i widzę następny stromy podjazd!  A ja już prawie nie mam sił.  Robi się ciemno i zaczyna padać.  Ale nie ma już odwrotu, pokonanie przełęczy „Alto de Mezquiriz” zajmuje mi następne dwie godziny.  Dobrze że już nie pada ale co z tego jak cały trzęsę się z zimna.  Widzę często przejeżdżające taksówki bagażowe, trochę mnie świerzbi ręka aby zamachać i mieć to z tzw. głowy.  Na malutkiej stacyjce benzynowej kupuję puszkę Coca-Coli – kofeina i cukier w niej zawarte stawiają mnie na nogi.  Do Roncesvalles zostało jeszcze 6 km, cały czas łagodnie pod górkę.  Jadę w tunelu gęstych drzew tracąc nadzieję, że kiedykolwiek dojadę gdy słyszę bicie dzwonów kościelnych, czuję sie jak morski rozbitek który zobaczył na horyzoncie skrawek lądu J.  Za 10 minut jestem na miejscu. 

Czekanie na wspólny obiad pielgrzymów jest całkiem, całkiem przyjemne...

Roncesvalles (30 mieszkańców) w prowincji Navarra to maluteńki przysiółek składający się z imponującego opactwa i dwóch hoteli z restauracjami.  W opactwie jest grób króla Sancho El Fuerte który pokonał Maurów w bitwie pod Las Navas de Tolosa w 1212 roku.  Razem z ciałem tego wysokiego (ponad 2 m wzrostu) króla złożone są łańcuchy chrześcijańskich więźniów uwolnionych w tej bitwie.  Sławne jest ono również z bitwy w 15go lipca 778 roku pomiędzy wojskami Karola Wielkiego (Charlemagne) i Baskami w której zginął Roland uwieczniony w najstarszym francuskim eposie rycerskim Pieśń o Rolandzie.  Grób Rolanda jest w małej kapliczce Capilla de Sancti Spiritus z frontu opactwa.

Wprowadzam się do hotelu, płukam przepocone koszulki wieszając je później na gorących kaloryferach i idę na obiad Pielgrzymów.  Potem o 20-tej msza dla pielgrzymów w opactwie.  Wymieniane są narodowości uczestników, wśród wielu słyszę nazwy Polski, USA i Korei.  Msza kończy się uroczystym błogosławieństwem szczęśliwej i bezpiecznej pielgrzymki.

Dzień 2 środa – Roncesvalles – Pamplona – Uterga - 64 km.

Jakub powrócił do Jerozolimy gdzie w roku 44 został ścięty na rozkaz króla Heroda Agryppy.  Uczniowie Jakuba wykradli jego ciało, które włożyli do kamiennej łodzi pozbawionej wioseł, steru i żagla.  Łódź ta w ciągu jednego tygodnia przepłynęła Morze Śródziemne i dobiła do brzegu w miejscu Padron w prowincji Galicja w Północnej Hiszpanii.  Tam już czekali na nią uczniowie Jakuba.  Ciało apostoła pochowali 20 kilometrów od brzegu po uprzednim uzyskaniu zgody lokalnej królowej, która później przyjęła wiarę chrześcijańską.
 

W roku 711 10-cio tysięczna armia Maurów z Północnej Afryki najechała Półwysep Iberyjski i w krótkim czasie kontrolowała większość jego obszaru oprócz  Asturii i kraju Basków.

Budzę się w nocy o 2-giej nad ranem i podczytuję przewodnik.  Widzę że czekają mnie jeszcze gorsze podjazdy niż te dotychczas.  Nie wiem nawet kiedy przysypiam i budze dopiero o 8:30 - jak już późno!!  Jest zimno i mglisto.  Kupno książeczki na pieczątki – credentials – dopiero o 10-tej, nie szkodzi, poczekam.

Po kilku kilometrach jazdy pogoda się poprawia.  Jadę przez Burguete - ulubiona wioskę Hemingwaya gdzie spędzał doroczne wakacje pisząc i łowiąc pstrągi.  Wieje silny wiatr w plecy i jadąc prawie cały czas z góry jestem już o 13:20 w Pamplonie.  Całkowite zniszczenie miasta przez Karola Wielkiego w 778 roku usprawiedliwia atak Basków w Roncesvalles.  Pamplona to piękne miasto znane głównie z czerwcowego festivalu San Fermin i biegu z bykami!  Podobno w ciągu tego tygodniowego festiwalu wypijane jest 3 i pół miliona litrów alkoholu co częściowo wyjaśnia odwagę biegaczy.  Jem pinchos w małym barze i trochę zwiedzam.  Za miastem ostra wspinaczka kamienistą i błotnistą dróżką.  Mam prawie 400 m do wspinania na Alto de Perdón.  Jest to górski grzbiet na którym zainstalowano kilkadziesiąt turbin powietrznych.  Wieje bardzo silny lodowaty wiatr, wiatr jest taki silny że może przewrócić.  Na szczycie wycięte ze stalowej płyty sylwetki pielgrzymów jako pomnik.

Na szczycie El Perdon

Zjazd jest chyba gorszy niż wejście. Bardzo stromo i kamienisto.  Przez ponad kilometr trochę zjeżdżam a troche sprowadzam rower.  Zatrzymuję sie w schronisku (albergue) w wiosce Uterga.  W pokoju dwupiętrowe łóżka; wiele osób leży i śpi zmęczonych wędrówką, zapach potu i niemytych ciał.  Spotykam dwóch polaków z Łodzi, jeden z nich – Krum - jest bułgarem który po czterech latach pobytu w Polsce mówi bez akcentu piękną polszczyzną.  Spotykam też Holendra który wyszedł z Nijmegen 25 marca, przed nim jeszcze 4 tygodnie drogi.  Na obiad zupa minestrone i wspaniała baranina co popite czerwonym winem robią mi świetnie.  Nie zapomnieć o korkach do uszu – wszyscy chrapią.  Idę spać o 8:30.

 

Dzień 3 czwartek – Uterga – Puente la Reina – Estella – Los Arcos 51 km.

Przez kilkaset lat grób Jakuba był zapomniany, aż w roku 813 pustelnik mieszkający w pobliżu usłyszał niebiańską muzykę i podążając za nią i mrugającymi gwiazdami na niebie dotarł do Campus Stellae – Compostella, grobu Jakuba.  Kości które znalazł zostały zidentyfikowane jako kości Jakuba i pobłogosławione przez biskupa Theodemira z pobliskiego miasta Iria Flavia.  Kilka lat później król Asturii Alfonso II odwiedził grób apostoła, nakazał budowę kaplicy oraz ustanowił Santiago patronem Hiszpanii.

Kamień nagrobny przy kościele w Eunate. Tajemnicze? znaki

Budzą mnie już o 6-tej rano zbierający się do drogi piechurzy  Przygotowanie do drogi zajmuje mi prawie godzinę i wyjeżdżam dopiero o 7-mej.  W drodze przegapiłem kierunkową żółtą strzałke i gubię sie nadrabiając kilka kilometrów.  W wiosce Muruzabál skręcam aby zwiedzić kościół templariuszy w Eunate.  Niestety jest dopiero 8-ma rano a otwarcie ma być dopiero o 10:30.  Za kościołem na stoku wzgórza jest cmentarz; widzę tajemniczy kamień nagrobny pokryty równie tajemniczymi znakami.  Za 20 minut dojeżdżam do Puente la Reina.  To miasteczko powstało wyłącznie aby obsługiwać pielgrzymów przy przeprawie przez rzekę Arga.  Ponieważ przewoźnicy żądali bardzo wysokich cen, królowa Mayor żyjąca w X wieku wybudowała dla pielgrzymów 6-cio przęsłowy most stojący i używany do dzisiaj.  Kilka kilometrów dalej spośród winnic wyłania sie niewysoka symetryczna góra zabudowana białymi domami kościołem na szczycie.  Wioska ma nazwę Cirauqui – Gniazdo Żmij - prawdopodobnie z powodu bandyctwa średniowiecznych mieszkańców.  Jak bowiem pisze kronikarz Aymeric Picaud w swoim przewodniku:

W miejscowości Lorca położonej na wschód płynie strumień znany jako Słona Rzeka.  Nie pij z niego wody ani nie pój koni bo przynosi ona śmierć.  Na brzegu strumienia, podczas naszej pielgrzymki do Santiago, spotkaliśmy dwóch siedzących lokalnych mężczyzn ostrzących swoje noże, albowiem są oni wprawieni w skórowanie koni które zdechły po wypiciu wody.  Po naszym zapytaniu okłamali nas mówiąc że woda jest dobra i zdatna do picia.  Toteż napoiliśmy nasze konie i natychmiast dwa z nich padły i zostały szybko oskórowane przez tych dwoje.

Odpoczywam na kamiennym moście, jest wietrzenie i zimno.  Słychać żaby i śpiew francuskich pielgrzymów.  Wkrótce jestem w Estella (13 tysięcy mieszkańców).  Na małym placyku kupuję w winiarni kieliszek wspaniałego wina za kilka euro.

Droga prowadzi przez Monasterio de Irache gdzie przy przyklasztornej winiarni wbudowane są w ściane 2 kraniki: z jednego leci woda a z drugiego darmowe całkiem niezłe wino.  Napisy przestrzegają przed piciem wina przez młodocianych oraz nadużywaniem alcoholu.

Nie jestem już młodociany ani też nie nadużywam więc pokrzepiony winem docieram do Los Arcos.  Jest mi cały czas zimno bo wieje porywisty wiatr.  Zatrzymuję sie w albergue „Casa Austria”, kładą mnie na materacu bo łóżek już zabrakło.  Jeszcze pielgrzymny obiad i o 8-mej kładę sie spać.

Dzień 4 piątek – Los Arcos – Logrońo – Nájera 58 km.

Częste pojawiania się Santiago stały się decydującymi w walce z Muzułmanami.  Najsławniejsze pojawienie się Santiago było w roku 844 podczas bitwy pod Clavijo koło Logrono.   Santiago pojawił się na białym koniu z mieczem w ręku i osobiście wziął udział w walce uśmiercając tysiące muzułmanów.  Stąd pochodzi jego drugi przydomek „Santiago Matamoros” – „Zabójca Maurów”.  A okrzykiem bojowym armii hiszpanskich jest od wieków „Santiago y cierra Espańa” (Święty Jakub i uderzaj Hiszpanio).  Ale powszechnie znany jest On jako „Santiago Peregrino” – Jakub Pielgrzym.

Szósta rano, szelest ubierania się, ciche rozmowy.  Na zewnątrz jeszcze szaro potem śniadanie i wyjazd o 7:15.  Ładnie i ciepło, wieje lekki wiaterek.  Do Logrońo docieram krótko po jedenastej. To piękne miasto pełne starych kamienniczek i wąskich uliczek.  Znalezienie drogi przez miasto jest łatwe bo co kilka metrów jest wcementowana w chodnik metalowa muszla Św. Jakuba.  Zaraz za miastem mijam wielki zespół wypoczynkowy (park) ze zbiornikiem wodnym Pantano de la Grajera.  Trasa wiedzie wzdłóż autostrady A-12, w druciane ogrodzenie wplecione są setki a może tysiące krzyży zrobionych przez przechodzących pielgrzymów z gałązek, drutu i innych materiałów.  Zrobiło sie gorąco, dobrze że mam dwa pełne wody bidony.  I tak jakoś w końcu docieram do Nájera.  Miasto powstało na miejscu rzymskiego Tritium i było przez kilkaset lat pod kontrolą Maurów od których pochodzi obecna nazwa („miejsce wśród skał”) a w 923 zostało odbite przez króla Navarry. 

W 1004 roku król Garcia III polował z jastrzębiem na kuropatwy na brzegu rzeki Rio Najerilla.  Wysłany jastrząb wleciał wraz z kuropatwą do jaskini i nie powrócił.  Król podążył za nim do jaskini i zaskoczony zobaczył w głębi przepiękną rzeźbę Matki Boskiej otoczoną żywymi liliami a u stóp rzeźby płonącą lampę i dzwon.  Jastrząb i kuropatwa siedziały w przyjaźni jedno przy drugim.  Król zrozumiał to jako pomyślny znak dla Rekonkwisty i rozkazał budowę na tym miejscu kościoła.  Rzeźba Matki Boskiej jest tam do dzisiaj, ale klejnoty które ją ozdobiały zostały skradzione w XIV wieku i tak na przykład jeden z największych rubinów – 170 karatów ozdabia obecnie przód korony królów angielskich.

Życie jest piękne

Stoję na moście i staram się znaleźć alberge gdy podchodzi dziadek i sam pokazuje droge do miejskiego schroniska.  Jest to niski barak z jedną wielką salą wypełnioną kilkudziesiącioma piętrowymi łóżkami.  Dostaję łóżko nr 124 na drugim piętrze, zaraz obok jest prycza z sąsiedniego rzędu.  Kąpię się w zimnej wodzie, bo ciepłej już zabrakło, potem coś jem i idę spać.

W nocy robi się potwornie gorąco, ciepło tylu ciał rozgrzewa powietrze.  Rozbieram się do bielizny ale dalej leje sie ze mnie pot.  Zapadam w niespokojny sen.  Budzi mnie ciepłe miękie ciało leżące na mnie.

Iwoncia – to ty?  Niestety nie, to śpiący obok duży i wielki mężczyzna czarnego koloru wtoczył się na mnie.  Próby ręcznego przepchnięcia go na jego pryczę są daremne; jest za ciężki a co najgorsze śpi jak zabity.  Dopiero przy pomocy nóg przepycham go na jego połowę.  Sytuacja powtarza się jeszcze raz ale technikę mam już opanowaną.  Budzę się rano z jego lewą ręką na mojej piersi... no, jak w małżeństwie... Uff co za noc ;).

Dzień 5 sobota – Nájera – Santo Domingo de la Calzada – Belorado 44 km.

Już w IX wieku Kościół zdał sobie sprawę, że pielgrzymka do grobu Świętego Jakuba może pomóc w walce z muzułmanami i zapobiec traceniu wiary przez – jeszcze tak pogańskich - mieszkańców północnego wybrzeża Hiszpanii.  Nie mówiąc o finansowych korzyściach pielgrzymki dla lokalnych kościołów i mieszkańców.  Trzeba powiedzieć, że promocja pielgrzymki Santiago de Compostella była majstersztykiem średniowiecznego marketingu.

Ilość pielgrzymów stale rosła przez następne 200 lat, szczególnie po zajęciu Jerozolimy przez Turcje co uczyniło pielgrzymkę do Ziemi Świętej bardzo niebezpieczną.  Najbardziej gorliwymi pielgrzymami byli Francuzi co znajduje odbicie w nazwie głównej trasy z St-Jean-Pied-de-Port w Pirenejach do Santiago – „francuska droga – camino frances”.

To w tej sali byłem tak namięnie przytulany :) Moja prycza jest trzecia w przód i w prawo

Zaraz po wyjeździe mijam mojego „współwspacza”, naprawdę imponujący chłop, na plecaku przyczepiona wielka brazylijska flaga. 

Mijam Cirińuela, maleńką wioska gdzie ktoś wybudował pole golfowe i ponad sto domów.  Tylko kilkanaście domów jest sprzedane, reszta stoi pusta, tylko trawa jest po pas.  Podobny widok, zaniechanych i to czasami wielopiętrowych budowli spotyka się prawie w każdym miejscu.

W Santo Domingo jest miejski jarmark z którego dochody przeznaczone są na pomoc dla Haiti.  Panie upiekły różne smakołyki a panowie gospodarze przynieśli wino.  Drożdżową bułke z wpieczonym chorizo popijajam szklanką wina.

Santo Domingo był biednym pasterzem owiec który marzył o zostaniu mnichem.  Niestety, jego zdolności intelektualne były tak nikłe, że wszystkie klasztory do których się starał odrzuciły jego kandydaturę.  Mimo to Domingo nie zamierzał porzucić swojego marzenia.  Został pustelnikiem w okolicznych lasach i do końca życia pomagał pielgrzymom budując i naprawiając mosty i camino.  Na miejscu jego pustelni powstało miasto nazwane jego imieniem.  W centrum jest imponująca katedra, w której w lewej nawie jest klatka z żywymi kurą i kogutem: 

W XIV wieku niemieckie małżeństwo z przystojnym synem zatrzymało się w Santo Domingo na nocleg w karczmie.  Córka karczmarza zakochała się w młodzieńcu od pierwszego wejrzenia.  Ale pobożny młodzianek odrzucił jej zaloty.  Głęboko zraniona karczmarzówna z zemsty włożyła mu do sakwy srebrne naczynie i wstrzęła alarm o kradzieży.  Wszystko było jasne, miejski sędzia nie tracił czasu, chłopaka osądzono na śmierć i powieszono.  Rodzice podążyli dalej do Santiago. Po kilku tygodniach wracając po odbyciu pielgrzymki dotarli do tego samego miasta.  Jakież było ich zdziwienie gdy na szubiennicy przed miejską bramą zobaczyli swego syna, ale żywego!  Pędem pobiegli do correidora i wykrzyczeli nowinę o cudzie.  Zasiadający do obiadu urzędnik ze śmiechem zadrwił, wskazując na dwie upieczone kury na półmisku, że on tak jest żywy jak te kapłony.  I w tym momencie dwie żywe kury zeskoczyły z półmiska.  Chłopiec został odcięty ze stryczka i oddany rodzicom, karczmarzówna ukarana a sędziowie w tym mieście nosili przy rozprawach przez wiele wieków stryczek na szyi by pamiętali aby nie wydawać pochopnie wyroków.  A kura i kogut są w kościele gdzie są wymieniane raz w miesiącu na nową parkę.

Miszkańcy Belorado pozuję do zdjęcia

Do następnego miasteczka, Belorado, docieram za 2 godziny, przekraczając też granicę prowincji Rioja z Castilla-y-Leon.  Na rynku właśnie odbywa się festiwal średniowieczny, większość mieszkańców przebrana jest w odpowiednie stroje, majestatycznie przechadza się król z królową.  W kącie rynku przy ognisku obracają się na elektrycznym rożnie dwa jagnięta, trochę makabryczny widok bo z oskórowanych głów patrzą całkiem realistycznie oczy.  Z głośników płynie średniowieczna muzyka, przechadzają się obywatele z górnych warstw społeczeństwa, na szczególną uwagę zwraca młoda para; ona jak modelka on też ubrany w jakieś kanarkowego koloru spodnie.  Nie mam ochoty opuścić tak pięknego festiwalu i zatrzymuję się w bardzo czystej i przyjemnej alberge zaraz za rynkiem.  Wieczorem burza z piorunami.

Dzień 6 niedziela – Belorado – Burgos – Hornillos del Camino – Hontanas - 80 km

W roku 1189 Papież Alexander III ustanowił miasto Santiago de Compostella - obok Jerozolimy i Rzymu -Miastem Świętym.  W swoim edykcie zadeklarował też, że pielgrzymka w czasie Roku Świetego gdy to 25 czerwca przypada na niedzielę, uprawnia do uniknięcia Czyśćca całkowicie, podczas gdy pielgrzymka w innych latach skraca pobyt tamże o połowę!

Po wczesnym śniadaniu wyruszam w drogę.  Zalesiony obszar za Villafranca Montes de Oca był w średniowieczu pełen wilków, złodziei i morderców i był jednym z najniebezpieczniejszych odcinków szlaku.  Ale te czasy minęły i już po 11-stej jestem w Burgos.  Z tego miasta pochodzi Fernando III oswobodziciel Hiszpani od Maurów a w wielkiej gotyckej katedrze wybudowanej w ciągu zaledwie 22 lat pochowany jest największy rycerz Hiszpani El Cid.  O 11:45 zaczyna się koncert dzwonów katedralnych kończący się punktualnie w południe.  Katedra olśniewa bielą i koronkowymi pracami kamieniarskimi.  Miasto przepiękne, warte zostania na dłużej i zwiedzania.

Przede mną Mesetas

Zaraz za Burgos zaczyna sie płaski, bezleśny obszar zwany Meseta.  Średniowieczny przewodnik przestrzegał przed stadami wilków i radził aby iść tylko w ciągu dnia.

W Hornillos del Camino kupuję w sklepiku pieczywo, kawałek sera i mam obiad.  Siedząca obok na ławce młoda para rozmawia po czesku czy słowacku.  Po chwili odchodzą, chłopak kładzie dziewczynie rekę na ramieniu.  Widzę, że on ma ciemne okulary ale nie dla ochrony od słońca – jest niewidomy.  Co za miłość i poświęcenie, trasa jest w wielu miejscach ciężka do przejścia dla sprawnych, jak ona się musi nim opiekować aby przejść pozostałe 500 km!

Po 4-tej docieram do Hontanas, malutkiej wioski z jedną uliczką w centrum.  Ale za to albergue jest tylko za 4€, czysta i widać że niedawno odnowiona.

Dzień 7 poniedziałek – Hontanas – Frómista – Carrión de los Condes - 55 km

Pielgrzymka nie zawsze była dobrowolną, czasami była karą za popełnione przestępstwo, chociaż bogaci mogli wynająć sobie zastępstwo.  Inni pielgrzymowali jako reprezentanci wiosek czy miasteczek próbując zapobiec zarazie, szarańczy, powodziom czy innym klęskom.  Jeszcze inni traktowali ją jako okazję do zwiedzenia świata.  Wzdłuż szlaku pielgrzymki, często na miejscach cudów, powstawały kościoły i schroniska ofiarujące pielgrzymom częściowe schronienie przed pogodą, wilkami i bandytami.

Poranek wstaje mglisty ale ciepły.  W nocy lało bo jest mokro i dużo kałuż.  Zaraz za wsią szlak prowadzi dwu-koleinową polną drogą, porośniętą trawą.  Gliniasta ziemia namokła i lepi się do opon, wkrótce upychając się pod błotnikami powodując hałas i utrudniając  jazdę.  Widzę przed sobą dużą kałużę i usiłuję przejechać przez środkowy pas trawy do równoległej koleiny.  Opony ślizgają się na mokrej trawie i wywracam się.  Wszystko umazane jest w błocie; rower, bagaże no i cały ja.   Przez kilkanaście minut tarzam się w mokrej wysokiej trawie, to samo robię z bagażem i rowerem ciągając je po trawie tam i z powrotem..  No, wreszcie jako tako jestem czysty!

Moknący pielgrzym na rynku Carrion de los Condes

W Castrojeriz (970 mieszkańców) przed Iglesia de Nuestra Seńora del Manzano mała zapuszczona łączka z ocembrowaną sadzawką, biorę z niej wodę aby przez następne 20 minut domyć się z błota.  Ta wieś jest zamieszkałe od „zawsze”, rzymianie mieli tutaj posterunek chroniący transporty złota z kopalń koło Astorgi.  Jest tu też miejsce cudu – odbite w skale przed kościołem końskie podkowy Santiago wspinającego konia aby zobaczyć wizerunek Matki Boskiej na pobliskiej jabłoni.  W sąsiedniej Boadilla del Camino rozmawiam z Francuzem który wyszedł z Paryża 1-szego maja.

W Carrion de los Condes jestem przed 3-cią.  Albergi są już pełne i nie mam wyboru tylko hotel.  Za 20€ dostaję ładny i czysty pokój z łazienką w korytarzu.  Po tylu nocach w alberge nie robi to na mnie żadnego wrażenia, jak by nie było dzieliłem ostatnio 3 łazienki z kilkudziesięciu osobami.

W pobliskim barze spotykam Sun Minh, młodą koreankę z Seulu która zwolniła sie z bardzo dobrze płatnej bankowej pracy i po pielgrzymce ma decydować co zrobić dalej ze swoim życiem.

Zaczęło padać i nie widać żeby miało zamiar przestać.  Na obiad zamawiam kastylijską zupę czosnkową – świetna.  Siedzę dosyć długo przy stoliku, zauważam ża wypiłem całą butelkę wina którą przyniósł kelner.

Dzień 8 wtorek – Carrión de los Condes – Sahagún – León – Mansilla de las Mulas - 93 km

Szczyt popularności pielgrzymki miał miejsce w XI i XII wieku gdy odbywało ją rocznie ponad pół miliona pielgrzymów.  Wzdłuż szlaku wybudowano wtedy wiele miasteczek i miast.  Pielgrzymi kierowali sie w drodze przewodnikiem Codex Calixtinus napisanym przez Aymeric Picaud - złośliwego francuskiego mnicha mającego przesiąknięte żółcią opinie o wszystkim i wszystkich.

Po zakończeniu Reconquista – wyparcie Maurów z Półwyspu Iberyjskiego – ilość pielgrzymów malała z każdym rokiem, mimo że pojawił sie nowy przewodnik napisany w XVII wieku przez włoskiego pielgrzyma Domenico Laffi.  Zainteresowanie malało rownież w XVIII i XIX wieku, a w połowie XX wieku jedynie garstka pielgrzymów decydowała sie na wędrówkę.

Corrida w Sahagun

Jest szósta rano, za oknem ciemno i pada lekki deszcz.  Decyduje się jechać drogą bo wczoraj miałem dosyć błota.  Zimno!  Palce u stóp zziębły mi na kamień!  Do Sahagun docieram około 11 tej. W tym mieście są ruiny klasztoru Monasterio de San Benito który w średniowieczu kontrolowal ponad 100 innych klasztorów.  Wstępuję do baru gdzie coffe con leche grande i bocadillo con hamon dobrze mi robią.  Mitrężę przy komputerze czytając i wysyłając pocztę.  Jadąc drogą nadrabiam ponad 20 km.  Po drodze widoki opuszczonej konstrukcji jakjeś drogi.  Ciekawe, po co zaczęto jej budowę bo na istniejącej ruch kołowy jest prawie żaden. 

W końcu Mansilla; alberge nowoczesna i tania.  Rozmawiam z dwoma dziewczynami z Polski, dla jednej z nich to koniec pielgrzymki bo dostała zapalenia ścięgien i dalej nie może już iść.  Przy obiedzie wyborowe polsko, włosko, niemieckie towarzystwo.  Gorąco – źle śpię!

Dzień 9 środa – Mansilla de las Mulas – León – Astorga - 58 km

Mimo to camino nie zostało całkowicie zapomniane.  Santiago dalej był patronem Hiszpanii, a lokalni mieszkańcy wciąż mogli wskazać pielgrzymną drogę która przechodziła kiedyś przez ich miasteczka i pola.  W jednej z takich wiosek, O Cabreiro, lokalny ksiądz Dr. Don Elias Valińa Sanpedro, powziął w latach 1960-tych gigantyczną pracę napisania współczesnego przewodnika dla pielgrzymów El Camino de Santiago.

Do León jest tylko 16 km a dodatkowo jest płasko więc jestem na miejscu dobrze przed południem.  Poznaję rowerzystów - młode małżeństwo z Elbląga – Adę i Marcina.  Razem zwiedzamy stare miasto – wąskie uliczki, place.  Katedra w León może się poszczycić wspaniałymi witrażami.

W Hospital de Órbiego przejeżdżam średniowieczny most z którym wiąże się następująca prawdziwa historia:

Gdy w 1434 roku zakochany na śmierć Don Suero de Quińones został odrzucony przez ukochaną, założył sobie na szyję żelazną obrożę mającą symbolizować jego przywiązanie i miłość do niej, stanął na tymże moście i ogłosił że nie zdejmie jej dotąd aż pokona w potyczkach 300 rycerzy.  Z całej Europy zjechali się chętni, ale Don Suero był tak dobry że w końcu osiągnął swój cel.  Zdjął więc żelazną obrożę i zlecił wykonanie nowej ze złota i srebra i szlachetnych kamieni.  Wyruszył potem z pielgrzymką do Santiago gdzie założył złotą obrożę na szyje popiersia Santiago znajdującego się w katedrze.  Mówi się że Don Suero posłużył Cervantesowi za wzór do Don Kichote.  Mnie jednak dziwnie się kojarzył on z filmem Monty Python „Holy Grail”.

Imponująca Katedra w Astorga

W Astorga jestem przed piątą.  Miasto, strategicznie położone u stóp gór Cordillera Cantábrica zostało założone przez Rzymian na miejscu starożytnej stolicy Asturyjczyków.  Miasto jest też stolicą ludu Maragotów którzy przez wieki przechowali swą odrębną kulturę.   W mieście łumy turystów, tym bardziej że odbywają się międzynarodowe targi czekolady.  Astorga przez stulecia była europejskim centrum czekolady bo controlowała handel kakao z Nowego Świata.  Cukierni jest w mieście zatrzęsienie, jedna obok drugiej, a na wystawch pokazane cuda sztuki cukierniczej.  Apetyt na obiad konczy mi się na 3 zjedzonych ciastkach.

Mimo tłumów udaje mi się znaleźć miejsce w centralnie ulokowanej albregue w średniowiecznym domu.  Podłoga ma szpary wiec widać co się dzieje na niższym pietrze (nic ciekawego, niestety).

 

Dzień 10 czwartek – Astorga – Foncebadón – Cruz de Ferro – Molinaseca – 47 km

Od tego momenty popularność camino wzrosła; w 1982 Papież Jan Paweł II został pierwszym papieżem w historii który odwiedził Santiago de Compostella, a w 1987 roku Unia Europejska zadeklarowała camino jako pierwszą drogę kulturalną Europy po czym w 1993 roku UNESCO dodało ją do listy World Heritage.

W Europie jest wiele punktów startowych pielgrzymki, niektórzy wybierają „Via de la Plata” z Sevilli lub „Camino Ingles” z La Coruńa.  Lwów jest też punktem startowym dalekiej drogi wiodącej przez Kraków, Niemcy i Francję.

Wyjazd wcześnie rano, chłodno.  Dzisiaj cały czas pod górę, gdzie się da pedałuję, gdzie nie wypycham rower pod górę.   Po półtorej godziny docieram do Foncebadón, małego hamletu wysoko na stoku a w nim kilka domów wybudowanych z kamieni i pokrytych kamiennymi łupkami lub strzechą.  Po kilku dalszych kilometrach docieram do Cruz de Ferro.  To jest szczyt gory Monte Irago na poziomie 1551 m.  Już Celtowie kładli w tym miejscu kamienie aby zapewnić sobie przychylność bogów gór przy podróży.  Rzymianie kontunuowali tę tradycję a kościół katolicki po prostu wbił w wzgórek kamieni żelazny krzyż.  Przywiezienie kamieni z kraju pochodzenia i położenie ich na stosie stało się tradycją pielgrzymki.  Kamienie mają na sobie napisy, nazwy miast, nazwiska.  Ale też wiele jest śmieci.

Cross de Ferro

Na Cruz de Ferro jest zimno i wietrznie.  Zjeżdżam w dół 12 kilometrową stromą serpentyną.  W El Acebo mijam pomnik ku czci rowerzysty który zabił sie kilkanaście lat temu, przypomina o ostrożności przy tak stromych zjazdach.  U podnóża gór zatrzymuję się w miasteczku Molinaseca które w czasach rzymskich pełniło strategiczną rolę ochrony przełęczy i drogi transportu złota.  Dzięki położeniu i klimatowi było ono też wakacyjnym miejscem dla możnych i utytułowanych.  W alberge zatrzymała się ekipa telewizji japońskiej robiącej program o pielgrzymce.  W roli głównej prezenterki sławna (podobno) aktorka japońska wyglądająca na około 16 lat.  Udaje mi sie uniknąć kamery.  Ten japoński program ma spopularyzować podobną pielgrzymkę w Japonii – 88 świątyń shinto na dystansie 1200 km.

Dzień 11 piątek – Molinaseca – Ponferrada - Cacabelos – Villafrance del Bierzo – O Cabreiro – 62 km

Każdy kto przejdzie 100 km lub przejedzie rowerem 200 km jest uprawniony do „compostella” – certifikatu ukończenia pielgrzymki.  Wielu zaczyna pielgrzymke w Arzua, miasteczku odległego od Santiago o 100 km.  Wielu dzieli pielgrzymkę na roczne etapy.  Wielu też korzysta z „Puerta de Pardon” - wrót w kosciołach na szlaku przejście przez które pomyślnie kończy pielgrzymkę.

Po wyjeździe z albergue w niecałą godzinę jestem w Ponferrada.   Jest to starożytne miasto celtyckie, które rzymianie nazwali Interamnium Flavium i które rozrosło się dzięki położeniu w najbogatszym obszarze kopalnianym Rzymu.   Zostało ono dwukrotnie zburzone: przez Wizygotów i Maurów.  Nazwa pochodzi od żelaznego mostu z roku 1082. 

Zamek Templariuszy w Ponferrada

W mieście jest imponujący zamek z XIII wieku wybudowany przez zakon Templariuszy w celu ochrony pielgrzymów.  Podczas wyrębu lasu pod zamek, templariusze odkryli w dębie statuetkę Matki Boskiej, którą do dzisiaj jest przechowywana w kościele Basilica de Santa Maria del la Encina. 

Jak ZIMNO!  Grabieją mi palce, termometr pokazuje tylko 12 stopni Celsiusa.  O 9:30 jestem w Cacabelos mijając po drodze gigantyczną drewnianą prasę używaną do wycisku oliwy.  Villafranca del Bierzo to chyba jedno z najpiękniejszych hiszpańskich miasteczek z pięknymi uliczkami, kamieniczkami i ryneczkami.  Przy wjeździe olbrzymi średniowieczny zamek, obecnie w posiadaniu prywatnym. 

W malutkiej wiosce Las Herreirías zaczyna się stromo pod górę droga do O Cabreiro, mojego dzisiejszego planowanego noclegu.  Wioskę La Faba osiągam piechotą żmudnie wpychając asfaltową dróżką rower .  Tam troche sie gubię i zamiast asfaltu odnajduję się na ścieżce dla piechurów.  Jest stromo, dużo luźnych kamieni, pyłu i krowich placków.  Niektóre odcinki są nawet bardzo strome, rower jest ciężki jak z ołowiu.  Idę przystając co 40 kroków i tym sposobem, po prawie 4 godzinach żmudnej pieszej wspinaczki, docieram do O Cabreiro położonego na wysokiści 1330 m.   Zatrzymuję sie w alberge zarządzanej przez rząd prowincji Galicja – jak wszystkie rządowe schroniska jest zimno i nieprzytulnie.  W cenie 5 euro dostaję plastykową pościel, rozpakowuję się potem prysznic i idę na zwiedzanie tych kilkunastu domów.  Ciekawymi architektonicznie są niskie okrągłe bez kominów (kominy mogłyby być zdmuchnięte przez porywiste wiatry) wybudowane na celtycką modę domy pokryte strzechą „pallozas” .

W centralnym punkcie wioski jest kościół Iglesia de Santa Maria.  Wierzy się, że w tym kościele przechowywany był w średniowieczu Holy Grail – kielich z którego Jezus pił podczas ostatniej wieczerzy.  Wiąże się też z nim następująca historia.

W XIV wieku lokalny mieszkaniec  wyszedł w huraganowej śnieżycy i głebokich zaspach aby uczestniczyć w Mszy Świętej.  Ksiądz odprawiający mszę zadrwił, że było głupotą pokonanie tylu trudności w takiej okropnej pogodzie tylko dla kawałka chleba i wina.  W tym momencie chleb zamienił się w kawałek ciała a wino w krew, które to do tej pory przechowywane są w podarowanym przez królowę Izabellę srebrnym relikwiarzu.  Nawet kościelna statua Matki Boskiej przechyliła głowę aby lepiej widzieć ten cud i jest odtąd znana jako La Virgen del Milagro.

Przed kościołem popiersie dr. Elias Valińa, księdza który w latach 60-tych XX wieku napisał nowy przewodnik pielgrzymki przyczynając się do jej renesansu.

Objaduję z dwoma Hiszpanami, tradycyjna galicyjska zupa caldo gallego, troć z frytkami i butelka wina. Jest nam bardzo miło.  ZIMNO!!!

Dzień 12 sobota – O Cabreiro – Tricastella – Samos – Sarria – Portomarin - 64 km

Obecnie więcej niż 100 tysięcy pielgrzymów przebywa trasę, a w Roku Świętym 2004 było ich ponad 180 tysięcy.  Ponad połowa pielgrzymów to Hiszpanie a wiekszość pozostałych to Francuzi.

Poranny widok z O Cabreiro

Słońce dopiero wzeszło.  Droga prowadzi cały czas w dół aby po kilku kilometrach zamienić się w długi i męczący podjazd.  W końcu kilkanaście kilometrów w dół, spadki ponad 8%.  W czasie zjazdu zmarzłem tak, że cały częsę się z zimna, ale za to szybko jestem w Tricastella.  Stąd średniowieczni pielgrzymi mieli obowiązek transportowania wapiennych kamieni do odległego o 100 km Castańeda.  Kamienie te służyły do wypalenia w piecach na wapno potrzebne do budowy katedry w Santiago.

W Portomarin jestem około 3-ciej.  Do miasteczka wjeżdża się długim mostem nad zbiornikem wody powstałym po decyzji gen. Franco o budowie zapory na rzece Rio Mińo.  Dzisiaj woda jest nisko i widać resztki średniowiecznych budynków i ulic – wszystko co nie zostało przeniesione na wyższy grunt.

Skręcam w prawo i pod górę i przejeżdżam obok dębowego lasku.  W XII wieku, według Aymeric Picaud, był on sławny wśród pielgrzymów jako dom publiczny pod chmurką.  Dzisiaj ani żywej duszy, pewnie panie przeniosły sie na wschód Europy.  Alberga jest rządowa i w związku z tym widzę gołe i niezbyt czyste materace a w kącie połamane łóżko.  Nie dali nawet plastykowej pościeli.  Ale ze zmęczenia nie chce mi się już przeprowadzać gdzie indziej.

Pulpo Galego  na obiad – pokrojone w talarki gotowane macki ośmiornicy podane na drewnianym talerzu, posypane hiszpańską papryką i obficie skropione olejem.  Świetne.

Dzień 13 niedziela – Portomarin – Melide -Arzua - 56 km

Prawie wszyscy mają przywiązaną muszlę – symbol camino.  Znak muszli i żółta strzałka są wszechobecnymi na trasie, można je zobaczyć namalowane na znakach drogowych, domach, kościołach, krawężnikach, polnych kamieniach.  Przez miasto poprowadzą muszle zrobione z metalu i wbetonowane w chodniki.

Nawet średniowieczna pieśn „!Ultreia!” przetrwała do dzisiaj.  To słowo pochodzące ze starożytnego galicyjskiego znaczy tyle co naprzód, idź, dalej, extremalnie!

Spichlerz na ziarno. Te nogi zapobiegają dostaniu się do środka myszom

Na śniadanie jem sardynki w oliwie z puszki i bagietkę które kupiłem wczoraj w sklepie.  W nocy padało i jest mokro.  Cała droga to długie podjazdy i oczywiście, na szczęście, zjazdy.  Nogi coś mnie dzisiaj nie słuchają więc po podjechaniu tak daleko jak mogę, pcham rower poboczem.  Mijam przydrożny obelisk wybudowany ku czci malarza Camilo Díaz Balińo o i 60 rozstrzelanych razem z nim w czasie hiszpanskiej wojny domowej.  Podobno do dzisiaj przy budowie dróg odkopuje się masowe groby ludzi zabitych czy rozstrzelanych w tym czasie.

O drugiej jestem w Arzua.  Do Santiago już niedaleko i zostawiam ten etap podróży na jutro.  Alberge za jedyne 10€, prawie że luksusowa, nie do porównania z wczorajszym rządowym schroniskiem.  Zrobiło się słonecznie, robię przepierkę i idę do rynku na obiad.  Jak wszędzie, widać znaki ekonomicznego kryzysu, niedokończone budynki, ulotki informujące o szkoleniu w obsłudze komputerów.  W rynku na centralnym miejscu popiersie miejscowego notabla rozstrzelanego w 1936 roku.  Idę do pobliskiego kościoła i usiłuję się dowiedzieć kto to zrobił – bez rezultatu bo odpowiedź jest w stylu: to była narodowa tragedia i nie ma to znaczenia. 

Dzień 14 poniedziałek – Arzua – Lavacolla – Santiago de Compostella - 42 km

W języku hiszpanskim Santiago wywodzi się od imienia Iago pochodzącego od hebrajskiego Ya’akow połączonego ze słowem „święty” (Saint).  Angielskie imię James pochodzi od włoskiego Giacomo, które to pochodzi od Giacobo, które z kolei  pochodzi od łacinskiego Iacobus

Nareszcie Santiago de Compostella

Wyglądam przez okno – świecą uliczne latarnie i w ich świetle widać padający deszcz.  Na śniadanie jem tostadas tomato.  Chmury wiszą nisko a deszcz przestaje padać aby za chwilę zacząć ponownie.  Szlak prowadzi przez eukaliptusowe laski i wkrótce jestem w miejscowości Lavacolla.  W średniowieczu pielgrzymi w ogóle się nie myli i kąpiel w przepływającej obok rzeczce nazwanej w Codex Calixtinus Lavamentula była obowiązkowa przed mszą w katedrze Santiago.  Po łacinie colla to męskie narzady płciowe a mentula to żeńskie J

Jeżeli pielgrzymi podróżowali w grupie to od tego miejsca zaczynał sie stromo pod góre wyścig do odległego o 5 km Monte de Gozo, ze szczytu której można zobaczyć wieże katedry w Santiago.  Pierwszy kto dobiegł do szczytu był ustanowiony królem grupy.

Dzisiaj na Monte de Gozo jest pomnik upamiętniający wizytę papieża Jana Pawła II w Santiago w 1993 roku.

Około 11 rano wjeżdżam do Santiago de Compostella i wąskimi uliczkami docieram do Katedry.  Imponująca budowla!  Zaraz za wejściem do katedry jest rzeźbiona marmurowa kolumna.  A na niej wyżłobiony na głębokość 2 centymetrów odcisk prawej dłoni, to skutek przykładania ręki milionów ludzi w ciągu kilkuset lat.  Kolumna jest, niestety, ogrodzona.  Po przeciwnej strony kolumny jest popiersie architekta Maestro Mateo, jednego z budowniczych katedry.  Zwyczajowo powinno się uderzyć czołem w jego głowe aby mądrość tego człowieka przeszła na pielgrzyma, ten pomnik jest też, niestety, za barierką.

W podziemiu pod ołtarzem można zobaczyć srebrną trumnę z kościmi Św. Jakuba i dwóch jego uczniów.  Należy też przejść z tyłu ołtarza i uścisnąć, ustrojone w srebro i drogie kamienie,  popiersie Świetego dziękując  mu za szczęśliwą pielgrzymkę.

Właśnie otrzymałem credentials

Ide do pobliskiego biura pielgrzymów gdzie dostaję wydane na podstawie stempli w książeczce credentials świadectwo  Compostella o pomyślnie ukończonej pielgrzymce.  Trochę mi smutno, jakoś nie mogę uwierzyć że to już, że już nie muszę spać w gorącej sali z ponad setką ludzi, ze nie muszę godzinami wypychać roweru pod góre, że nie spotkam ludzi na trasie i nie będę widzieć wspaniałych krajobrazów.  Pocieszam się jednak tym że mam zagwarantowane spędzenie 50% mniej czasu w czyśćcu, można grzeszyć?.. J

Warto było!

© 2011 ZJP

 


 

Do Roncesvalles jescze kilkaset metrów; czuję sie jak cudem uratowany rozbitek :)

Start wyprawy; do celu tylko 790 kilometrów !

Uliczka w Pamplonie, takie beczki są wystawione przed barami
Na trasie

W trakcie pielgrzymki zmarły tysiące. To współczesne upamięnienie pielgrzyma który zmarł wspinając się na El Padron
Zjazd z El Perdon w dół jest stromy i niebezpieczny
Do Utergi miejsca mojego noclegu jest już blisko
Kościół Templariuszy w Eunate
Most Puente La Reina
Na horyzoncie Cirauqui - Żmijowisko. Aż strach bierze...
Doskonale zachowana i do dzisiaj używana przez pielgrzymów 2000-letnia droga wybudowana przez Rzymian
Most wybudowany przez Rzymian
Śmierć na trasie - 2 tygodnie wcześniej
Darmowe wino płynie z prawego kurka a woda z lewego
Ścieżką szos, miedzą pól złoconych...
Ścieżką szos, miedzą pól złoconych...
. . .
Kościół Templariuszy
Przerwa na śniadanie
Pielgrzymi wplatają krzyże w siatke grodzącą autostradę. Ogrodzenie ciągnie sie przez kilka kilometrów
Przed alberge... Można dać odpocząć stopom
Uliczka w Najera
Kościół w Najera
Droga po widnokrąg
Winnice
. . .
Puste domy przy polu golfowym
Kościół w Santo Domingo w którym są te sławne kury
Targ - zbieranie pieniędzy na Haiti
. . .
Król, królowa i wierni poddani
Sprzedawca cidru
Średniowieczni pielgrzymi; chyba cider już działa...
Jagnięta na rożnie
Dla mnie to godzina "spaceru" pod górę
Miasteczko w porannym słońcu
Katedra w Burgos
Mesetas
. . .
Chyba nie wyjadę
Mesetas
Mój rower
Albergue Hospital de San Nicolas używana nieprzerwanie od XIII wieku
Obelisk graniczny pomiędzy prowincjami Burgos i Palencia
Szlak prowadzi wzdłuż XVIII wiecznego kanału Canal de Castilla
Fromista, jeden z kilkudziesięciu starych samochodów uczestniczących w Miedzynarodowym Rajdzie Bugatti. Przejazd zamknęły 2 Veyrony które były jednak za szybkie aby je sfotografować
Wspaniała Katedra w Leon
Jeszcze 306 kilometrów do celu
Przydrożny bar dla pielgrzymów
Kamienie na Crodd de Ferro przyniesione przez pielgrzymów
Prymitywna alberga w Manjarin - bez wody, elektyczności i innych wygód. Pielgrzymi śpią na słomie - jak w średniowieczu
Z Cross de Ferro jest cały czas w dół
Serpentyny
Uliczka w Molinaseca
Góry Cordillera Cantabrica w porannym słońcu
Zamek Templariuszy w Ponferrada
Scieżka na O Cabreiro
Scieżka na O Cabreiro
Obelisk graniczny - Galicja
Scieżka na O Cabreiro
Ścieżki pielgrzymów w Europie - na obelisku w O Cabreiro
Kościół w O Cabreiro
Palooza
. . .
Katedra Santiago de Compostella
Św. Jakub
Mistrz Mateo
Marmurowy słup przy wejściu do Katedry. Wyraźnie widoczne odciski palców
Rzeźby na katedrze
Trumna Św. Jakuba
W Katedrze